Intro
Zegar ze śnieżnego miasta chodzi do snu.
W każdym klocku nocne życie blednie jak pchła na dnie.
Ostatni błysk, ostateczny takt...
Verse 1
Srebrna ręka skacze, wciąż ma silną wolę.
Chce jeszcze raz zapukać do mlekiem naszemi domów.
Wiatr od śniegu niesie mu dźwięk cichego powietrza.
Lubczy to chwilę, bo później go zamyślą w klatkę ze srebrnym szybkim płaszczem.
Czeka na zmierzenie godzin miasta spokojnego.
Srebrna składka śpi już, a dalej jest nocne rozcięcie.
Zegar ze śnieżnego miasta chodzi do snu...
Chorus
Dzisiaj to jego ruch ten senny krąg
Ktoś tam goni czas, trzyma błyskowy kształt
Jeszcze jeden blik, jeszcze dwa takti...
Verse 2
Na murach śniegu odbijają mu blask srebrny.
Zegar ze śnieżnego miasta czuje, jak w nim serce bije szybko
Trzydzieści pięć i ktoś już mówi dobranoc. Kto to?
Na dwa chwilki zrozumia mu głos ten cichy.
Zamyka się w sobie srebrne tło i szuka spokoju
W końcu odnajduje, że ręce nie krzepią
Spływa jak lodowiec, który już skrobił krawędź
Gdy niesiony przez noc zniknie w mgle...
Chorus
Dzisiaj to jego ruch ten senny krąg
Ktoś tam goni czas, trzyma błyskowy kształt
Jeszcze jeden blik, jeszcze dwa takti...
Bridge
Bledny srebrny kolor w zaciekniętej powieści.
Cichy ruch, którego już nie sposób się doszukać
Tylko błysk po błysku ze śnieżnego miasta.
I jeszcze jeden...
Outro
Zegar ze śnieżnego miasta chodzi do snu. Sześć, pięć, cztery... Znikną mu srebrne szpony na dłoni...