Verse
Dom Kultury, sala czwarta, dwudziesta jeden dwadzieścia,
kolejka pod kasą dłuższa niż film, co go dziś wyświetlą.
Żarnik Pryzmat w projektorze grzeje szkło jak piec węglowy,
klisza skrzypi, obraz drży, jakby miasto szło od nowa.
Ona w rzędzie czwartym, płaszcz czerwony, chusta w kropki,
ja za szybą, w budce, liczę metry taśmy, nie jej kroki.
Kierownik puka w drzwi: panie Tadku, szybciej, seans stoi,
a ja patrzę w obiektyw, nie w te oczy, co się boją.
Pre-Chorus
Czy zdążę złapać ostrość, zanim zgaśnie klisza?
Czy ona jeszcze czeka, czy już wychodzi z cisza?
Liczę klatki jak sekundy, dwadzieścia cztery na raz,
byle jeden kadr został, zanim minie czas.
Chorus
Pryzmacie, żarniku, pal się do rana,
świeć mi w ciemności, sala czwarta pusta i sama.
Pryzmacie, żarniku, ty jeden pamiętasz twarz,
gdy gasło światło, ona wciąż siedziała tam.
Verse
Rok później sala zamknięta, kino zmie