Intro
Cisza na klatce, winda skrzypi jak stary zamek
Pierwsze światło pnie się po szybach, budzi cały ganek
Mówili "nigdy", ja liczyłem piętra, nie ich zdania
Dziś nad blokowiskiem świta - to moje śniadanie
Verse
Beton pod stopami, winda znowu nie działa
Matka liczy grosze, kartka z listą wypłakana
Sąsiad z dołu gadał "chłopak, nie masz szans na życie"
Ja w zeszycie pisałem rymy zamiast liczyć w kredycie
Belfer kręcił głową, "z ciebie nic nie wyjdzie, synu"
Ja siedziałem po nocach, marzenia rosły jak w gipsu
Dres, sznurówki podarte, buty z komisu tanie
Dziś na scenie mikrofon, publika krzyczy moje zdanie
Ojciec haczyk do fabryki, dłonie jak zdarta kora
Obiecałem se wtedy - to nie będzie moja pora
Wieczorem na podwórku chłopaki grali w klasy
Ja liczyłem takty, marzyłem o innej klasie
Nie tej ze szkoły - tej co gra się dziś w studiu
Sprawdzam metrykę bitu, gdzie kiedyś było błoto
Mówili "spadniesz", patrzcie teraz gdzie ja stoję
Nad blokiem wstaje słońce, a ja się już nie boję
Hook
Świt nad blokowiskiem, budzi się mój kod
Każde jedno "nie" zamieniam dziś we wschód
Szare mury świadkiem, jak rosłem wbrew im wszystkim
Świt nad blokowiskiem - ten widok jest już czysty
Verse
Uczyłem się cash flow z automatu na rogu
Grosz z butelek zbierany, marzenia w barłogu
Wujek mówił "synu, muzyka to nie zawód"
Ja miksowałem nuty na starym sprzęcie, na głodzie
Klawiatura z bazaru, kupiona za wypłatę
Noce bezsenne, rano do szkoły jak w watę
Koledzy z klatki śmiali się, "rapować to nie sport"
Dziś