Verse
Przystanek Hutnicza, szron na szybie drzwi,
siedemnastka jedzie, silnik jęczy, dzwoni, drży.
Ona w czerwonym płaszczu, bilet trzyma jak psalm,
ja liczę przystanki, żeby dłużej trwał ten ślad.
Kierowca pali papierosa, patrzy w lusterko wstecz,
zegar nad Nową Hutą bije osiemnasta sześć.
Para na szybach rysuje serca, których nikt nie zna,
a ja się boję słowa, jakby ważyło tona.
Pre-Chorus
Czy zdążę, zanim drzwi się zamkną z hukiem stali?
Czy powiem chociaż "dobry wieczór", zanim się oddali?
Liczę przystanki jak różaniec, jeden, dwa i trzy,
byle jeszcze jedna stacja, zanim zgasną dni.
Chorus
Ostatni tramwaj o zmierzchu wiezie mnie tam, gdzie milczysz wciąż,
ostatni tramwaj o zmierzchu, szyny płaczą jak deszcz.
Ostatni tramwaj o zmierzchu, twój profil w mokrej szybie tkwi,
ostatni tramwaj o zmierzchu - i tak zostały nam trzy dni.
Verse
Listopad, potem grudzień, ten sam kurs, ta sama pora,
płaszcz zamieniła na szary, jakby zgasła jej aura.
Konduktor dziurkuje bilet, mówi: proszę się nie tłoczyć,
a ja bym oddał wszystko, żeby czas móc zatrzymać, zamrozić.
Aż pewnego dnia w styczniu, mróz jak brzytwa, pusty wagon,
jej miejsce zajął cień i gazeta z wczorajszym nagłówkiem na zagon.
Pytam bileterkę, gdzie zniknęła twarz spod siódemki,
ona wzrusza ramionami, jakby to były byle śmietniki.
Pre-Chorus
Czy zdążę, zanim drzwi się zamkną z huki