Intro
Brezentowa płachta pachniała benzyną i kurzem
Żarówka na sznurku kołysała się nad podłogą
Ojciec klękał przy kole jakby klękał do modlitwy
Ja trzymałem latarkę żeby światło było pewne
Verse
Dwusuwak stygł powoli pod maską koloru khaki
Olej mieszany z benzyną w butelce po oranżadzie
Ojciec liczył krople jak aptekarz liczy leki
Ja wąchałem opary i czułem że to jest wieczność
Klucz płaski szesnastka leżał w blaszanym pudełku
Śruby porozkładane na szmacie w idealnym rządku
Gumowa uszczelka wysychała jak stara skóra
Ojciec mówił że silnik trzeba karmić powoli
Świece zapłonowe czyściliśmy szczotką drucianą
Iskra musiała być niebieska nie żółta nie słaba
Karoseria khaki błyszczała od wosku i potu
Zderzak z niklu odbijał żarówkę pod sufitem
Siedzenia z dermy pachniały jak stary portfel
Kierownica owinięta izolacją zamiast skóry
Czekaliśmy na części miesiącami jak na listy
Ojciec mówił że cierpliwość to jest część silnika
Hook
Syrenka w garażu ojca stała cicho jak sekret
Pod płachtą jak pod kołdrą czekała na wiosnę
Nie jeździła nigdzie ale byliśmy przy niej
Syrenka w garażu ojca była naszym królestwem
Verse
Raz w miesiącu ojciec kręcił korbą jak modłą
Silnik strzelał dwa razy nim złapał równy oddech
Wyjeżdżaliśmy z podwórka jakby to była procesja
Sąsiedzi patrzyli przez firanki z podziwem i zazdrością
Dach z brezentu składany trzymał się na dwóch hakach
Deszcz kapał przez szparę prosto na moje kolana
Popielniczka pełna była wsypanych cukierków
Radioodbiornik milczał bo anteny nie było
Klakson brzmiał jak kaczka zgubiona we mgle
Matka trzymała się drzwi jakby trzymała się losu
Jechaliśmy do lasu po grzyby w niedzielę
Bagażnik z przodu pachniał gumą i benzyną
Ojciec śpiewał coś cicho przez zęby zaciśnięte
Ja liczyłem kilometry na liczniku co kłamał
Wracaliśmy o zmierzchu z błotem na oponach
Syrenka parkowała jak żołnierz po służbie
Hook
Syrenka w garażu ojca stała cicho jak sekret
Pod płachtą jak pod kołdrą czekała na wiosnę
Nie jeździła nigdzie ale byliśmy przy niej
Syrenka w garażu ojca była na