Intro
Blitz Storm, satelita krąży, ja poniżej liczę cienie
Mówili że nie wzejdę, dziś odbijam ich zdziwienie
Verse
Osiemnaste piętro, szyba zimna jak ich słowa
Patrzyłem w dół na miasto, tam zaczęła się rozmowa
Sąsiad mówił "nie wyjdzie", matka liczyła grosze
Ja liczyłem takty nocą, gdy oni szli już spać w łoże
Kartka w zeszycie, atrament rozmyty od potu
Każda zwrotka to cegła w moim własnym forcie
Stary telefon milczał, menadżer mówił "czekaj"
Dziś sam nadaję sygnał, wysyłam go prosto z dachu
Antena łapie fale, których oni nie słyszą
Ich śmiech dziś jak echo, cichnie, kiedy ja przyciszam
Portfel był chudy, dziś w kieszeni cięższy metal
Byłem cieniem w bloku, dziś jestem sygnał w eter
Trzy zeszyty rymów, jeden kontrakt, zero litości
Nie prosiłem o wiarę, budowałem ją z pewności
Patrzą teraz w górę, mówią "on to zaplanował"
Ja mówię - nie, po prostu nigdy się nie poddałem
Chorus
Satelitarne lustra, odbijam każdy ich cień
Mówili że nie wzejdę - dziś sam jestem jak dzień
Patrzą w górę, szukają, gdzie się skończy mój lot
Ja lecę wyżej, wyżej, oni liczą swój błąd
Verse
Dwudziesta trzecia, studio pachnie kablem i kawą
Nagrywam drugą zwrotkę, gdy oni śpią pod plotką
Kuzyn dzwoni, pyta ile jeszcze, bracie, do sukcesu
Mówię - tyle ile trzeba, nie liczę czasu, tylko flow
Wczoraj krytyk pisał, że mój styl to kopia cudza
Dziś jego cytat wisi tam, gdzie moja płyta rusza
Nie miałem menadżera, miałem star