Verse
Ojciec na dachu, dłonie czerwone od mrozu,
kręci anteną, szuka innego głosu.
Kabel przez okno, taśmą klejony w piwnicy,
w kuchni „Horyzont” migocze jak w gorączce.
Matka gotuje herbatę, licząc kanały,
trzeci — śnieg, czwarty — cisza, piąty — już całkiem szary.
Sąsiad z bloku dziewiątego krzyczy z klatki:
„macie sygnał? bo u mnie tylko trzaski.”
Pre-Chorus
Czy złapiemy dziś obraz zza chmur i dachów,
czy zostanie nam tylko śnieg w ekranie strachu?
Ile stopni kręcić, ile godzin czekać,
żeby zobaczyć niebo z innego miasta?
Chorus
Satelita horyzontu, krzywo stoi na dachu,
łapie cień sygnału, którego nikt nie złapał.
Satelita horyzontu, kręci się bez celu,
a my w kuchni czekamy na obraz z innej dzielnicy.
Verse
Lata później inny blok, antena wciąż ta sama,
rdza zjadła śrubki, talerz jak łuska złamana.
Ja, ośmioletni, na dachu z ojcem stoję,
patrzymy w niebo, choć niebo tego nie widzi.
Prognoza pogody z obcego miasta o ósmej,
trzy sekundy obrazu, potem znowu gaśnie.
Kolejka po kabel, kolejka po wtyczkę,
manager ze sklepu mówi: „będzie, ale w piątek.”
Pre-Chorus
Czy złapiemy dziś obraz zza chmur i dachów