Verse
Dach kamienicy, dziewiąte piętro, drut w dłoni zamarza,
litera "L" od "Fryzjer Halina" mruga jak stara twarz.
Kalosze śliskie od szronu, wiszę na rusztowaniu,
w dole tramwaj dziewiąty stoi, nikt nie wsiada, nikt nie wysiada.
Ktoś czeka pod zegarem z walizką, szalik czerwony jak krew,
ja składam litery neonu, jakbym układał jej sen.
Kierownik zakładu neonów mówi: masz do świtu czas,
a ja liczę gwiazdy w kablach, bo inne zgasły już raz.
Pre-Chorus
Czy ktoś tu patrzy w górę, czy tylko idzie spać?
Czy światło, które składam, ma dla kogoś jeszcze znak?
Ręce grzeję w kieszeniach, serce w rytmie prądu,
byle jedna litera dotrwała do wschodu.
Chorus
To mój neonowy sen o Warszawie,
świeci nad ulicą, choć miasto śpi w kurzu.
To mój neonowy sen o Warszawie,
gasnę o świcie, ale wracam znów.
Verse
Lata później zdjęli szyld, kable poszły na złom,
"Fryzjer Halina" zamieniła się w sklep, gdzie sprzedają hurtem wspomnienia.
Pamięć mi mruga jak stary modem, co się łączy zbyt wolno,
a ja wciąż widzę ten szalik czerwony, choć ulica dawno pusta.
Wanda z parteru mówi: nikt neonów już nie potrzebuje,
świecą telewizory, każdy w swoim pokoju.
Ja i tak wchodzę na dach, choć drabina rdzewieje,
sprawdzić, czy gdzieś w oknie ktoś jeszcze na mnie czeka.
Pre-Chorus
Czy ktoś tu patrzy w górę, czy tylko idzie spać?
Czy światło, które składam, ma dla kogoś jeszcze znak?
Ręce grzeję w kieszeniach, serce w rytmie prądu,
byle jedna litera dotrwała do wschodu.
Chorus
To mój neonowy sen o Warszawie,
świeci nad ulicą, choć miasto śpi w kurzu.
To mój