Verse
Piwnica pod blokiem, drzwi bez klamki, sznur,
czerwona żarówka wisi jak od stu lat wzór.
Zapach utrwalacza, ocet w gardle, dym spod drzwi,
kierownik z Fotonu liczy klisze, mówi: „Trzydzieści dziś.”
Wanna z odczynnikiem, papier pływa jak martwa ryba,
twarz wypływa z bieli, zanim złapię oddech.
Sąsiadka z klatki drugiej czeka na zdjęcie do wyjazdu,
wyjazd odwołany - twarz zostaje w tacy, blada jak podszewka.
Pre-Chorus
Ile trzeba czekać, aż wywoła się dzień?
Ile kropli chemii, nim zblaknie w misce cień?
Patrzę jak wschodzi czerwono, jakby to był grzech,
byle jedna twarz dotrwała, zanim zgasi ją zarządca.
Chorus
Karmazynowy dzień pali się w piwnicy,
karmazynowy dzień, jedyne słońce tej ulicy.
Karmazynowy dzień - tak wywołuję pamięć,
zanim zblaknie do cna, zanim zgasi ją zarządca.
Verse
Zdjęcie z tramwaju dwunastego, przez zamgloną szybę,
ona w czerwonym płaszczu, ja z Zenitem, drżącą ręką.
Nie zdążyłem spytać o imię, drzwi zamknęły się na Kwiatowej,
klisza w szufladzie leżała osiemnaście lat, nietknięta.
Dziś w końcu ją wywołuję w wannie z octowym zapachem,
twarz wschodzi powoli, jakby wracała z tamtego wieczoru.
Ale papier zbyt długo leżał, wilgoć zjadła kontrast,
zostaje tylko cień płaszcza i światło, co już nie wraca.
Pre-Chorus
Ile trzeba czekać, aż wywoła się dzień?
Ile lat w ciemności, nim zblaknie twarz zupełnie?
Liczę krople chemii, jakby to były lata,
zanim wyjm