Verse
Piąta nad ranem, mróz gryzie mi kark,
w oknie piekarni gaśnie ostatni żar.
Kolejka rośnie jak korzeń wzdłuż muru,
matki z bańkami, dziadek z termosu.
Numer na dłoni, długopis, atrament rzadki,
"czterdzieści siedem" - mówię, żeby nie zgasło.
Tranzystor Bursztyn chrypi w czyjejś kieszeni,
śnieg pada cicho, jakby liczył razem z nami.
Pre-Chorus
Ile godzin trzeba czekać, by poczuć ciepło?
Ile kroków dzieli noc od pierwszej kromki?
Para z ust unosi się jak dym z komina,
czy ktoś tu jeszcze pamięta, po co stoimy?
Chorus
Kolejka po świt, ręce w kieszeniach śpią,
para z ust jak dym, grzejemy wspólny czas,
numer czterdzieści siedem wypisany na skórze,
kolejka po świt - jedyne miejsce, gdzie jesteśmy razem.
Verse
Dwadzieścia lat później piekarni już nie ma,
beton się kruszy, a ja wracam tą samą drogą.
Stoję sam pod latarnią, choć nikt już nie czeka,
przyzwyczajenie silniejsze niż głód chleba.
Szukam w kieszeni długopisu, choć papier zbielał,
pamięć jak stary modem - łączy się z trudem.
Widzę twarz tamtej dziewczyny z bańką po mleku,
zniknęła w tłumie, zanim zdąż