Verse
Blok siedemnasty, klatka druga, szósta po klaksonie,
suszarki pełne prania kołyszą się w zasłonie.
Antena Rubin łapie tylko szum i cień,
a lampa numer dwanaście mruga jak zmęczony dzień.
Matka z okna woła, głos niesie się przez podwórze,
zapach kotleta z cebulą płynie po parterze.
Chłopak spod czwórki gra w klasy, kreda w jego dłoni,
zmierzch maluje beton farbą, co nigdy nie dzwoni.
Pre-Chorus
Czy ten dzień się skończy, zanim zgasną wszystkie okna?
Czy ktoś jeszcze pamięta, jak to światło było błogo?
Liczę schody, licząc lata, jedno piętro, jeden krok,
byle zdążyć na kolację, zanim minie ten rok.
Chorus
Zmierzch nad blokowiskiem, lampy zapalają twarz,
zmierzch nad blokowiskiem, wraca do mnie ten sam czas.
Zmierzch nad blokowiskiem, cień kładzie się jak płaszcz,
zmierzch nad blokowiskiem — tu zostawiłem swój dach.
Verse
Rok dwutysięczny, blok pomalowany na żółto jak keksy,
antena zniknęła, w oknach białe talerze — refleksy.
Plac zabaw wycięli, została huśtawka bez lin,
a lampa dwanaście wciąż stoi, choć zmienił się w niej płomień.
Wracam siedemnastką, wysiadam na tej samej pętli,
szukam okna matki, lecz firanka inna, cień się zmienił.
Chłopak spod czwórki dziś jest ojcem, kredą już nie gra,
a zmierzch wciąż maluje beton, jakby czekał tu na nas.
Pre-Chorus
Czy ten dzień się kończy tak samo, czy inaczej teraz gaśnie?
Czy światło z tamtej lampy jeszcze coś dla kogoś znaczy?
Liczę okna, licząc twarze, które już nie mieszkają,
byle zdążyć zapamiętać, zanim wszystkie zgasną.
Chorus
Zmierzch nad blokowiskiem, lampy zapalają twarz,
zmierzch nad blokowiskiem, wraca do mnie ten sam czas.
Zmierzch nad blokowiskiem, cień kładzie się jak płaszcz,
zmierzch nad blokowiskiem — tu zostawiłem swój dach.
[B