Verse
Blok dziewiąty, kanał dwadzieścia siedem, trzecia w nocy,
antena na dachu skrzypi, jakby szukała mocy.
Trzymam mikrofon jak różaniec, palec na guziku,
w słuchawkach szum i sól, i cień w każdym krzyku.
Ktoś na osiedlu gasi światło, ktoś zamyka bramę,
ja mówię w ciemność: odbiór, słyszysz mnie, kochana?
Głos, co odpowiadał, nazwał się kiedyś Wildfire,
zza dwustu kilometrów, zza mgły, zza drutu, zza kadru.
Pre-Chorus
Czy dziś złapię ciebie, czy tylko trzask i szum?
Czy fala nas połączy, zanim zgasi ją świt?
Liczę kanały jak ojciec liczył zmiany,
byle jeden głos ocalał do rana, niepodzielny.
Chorus
Halo Wildfire, tu Kotwica dwa,
słyszysz mnie jeszcze, czy zabrała cię fala?
Halo Wildfire, w eterze nasz ślad,
jedyna miłość, co nie zna mojej twarzy.
Verse
Rok później baterie w kolejce, kartki, cztery na głowę,
kierownik z bazaru mówi: radiotelefon też reglamentowy.
Sprzedaję zegarek za lampę, lampę za drut miedziany,
byle usłyszeć raz jeszcze głos zza ściany.
Antena rdzewieje, dach się kruszy jak herbatnik,
sąsiadka pyta, z kim gadam, mówię że z duchem, z prądem.
Ale ja wiem, że to ty, gdzieś na innym kanale,
wciąż wołasz Kotwica dwa w ciemność, co nie odpowiada wcale.
Pre-Chorus
Czy dziś usłyszysz mnie, czy fala już zbyt stara?
Czy zostanie nam głos, gdy zabraknie sprzętu i prądu?
Liczę kanały jak liczyłem światła w oknach,
byle jeden sygnał ocalał, zanim zgasną wszystkie inne.
Chorus
Halo Wildfire, tu Kotwica dwa,
słyszysz mnie jeszcze, czy zabrała cię fala?
Halo Wildfire, w eterze nasz ślad,
jedyna miłość, co nie zna mojej twarzy.
Bridge
Mówią, że Wildfire to była tylko dziewczyna z poczty,
że kanał dwadzieścia siedem zamknęli w osiemdziesiątym ósmym.
Może nigdy cię nie było, może to był