Verse
Szklarnia za blokiem czternastym, szyby pęknięte w krzyż,
kierowniczka Zosia waży goździki, jakby to był chleb.
Kartka głosi: sto gram na rodzinę, nic więcej, nic mniej,
a kolejka ciągnie się aż po przystanek, gdzie kończy się dzień.
Para na szkle rysuje imiona tych, co już nie przyjdą,
ja stoję z bratem, on ma bilet, ja mam pusty słoik.
Radio gra cicho jakiś stary marsz z tranzystora,
a róża w kącie kwitnie sama, bez pozwolenia zarządu.
Pre-Chorus
Czy to jeszcze ogród, czy tylko szron na szkle?
Czy starczy pąków, nim zamkną bramę o trzeciej we śnie?
Liczę płatki jak grosze, które mi zostały,
byle kwiat dotrwał do wiosny, choć dookoła szaro i biało.
Chorus
To nasza przystań kwitnienia,
ostatni port, gdzie coś jeszcze rośnie.
To nasza przystań kwitnienia,
kwiat na kartki, w mieście, co już nie kwitnie.
Verse
Rok później szklarnię zamknęli, rury poszły na złom,
Zosia sprzedaje doniczki na targu, sama jak dom.
Ja mam w słoiku nasiona, suche jak stare zdjęcie,
sadzę je w oknie bloku, chociaż wiem, że to nie starczy na szczęście.
Pre-Chorus
Czy to jeszcze ogród, czy tylko szron na szkle?
Czy starczy pąków, nim zamkną bramę o trzeciej we śnie?
Liczę płatki jak grosze, które mi zostały,
byle kwiat dotrwał do wiosny, choć dookoła szaro i biało.
[