Verse
Piąta trzydzieści, ulica pusta, szron na szybie sklepu spożywczego,
Ciągnę wózek z chlebem, koła skrzypią jak coś starego.
Blok czternasty budzi się powoli, okno po oknie, jak zapałki w rzędzie,
Pani Krystyna już parzy kawę, zanim kogut się obudzi.
Mgła nad trzepakiem, dym z komina jak siwy warkocz,
Liczę światła w oknach, jedno, dwa, trzy, cztery na wprost.
Kierownik magazynu otwiera kraty, klucz w zamku chrzęści głucho,
A ja stoję z termosem herbaty, patrzę jak dzień się budzi z duchów.
Pre-Chorus
Czy zdążę zobaczyć, jak słońce dotknie płyty betonowej?
Czy to światło zostanie, czy zgaśnie jak neon nad sklepem mięsnym?
Liczę sekundy jak monety w kieszeni, coraz cięższe, coraz mniej,
Zanim szarość wróci, zanim zacznie się dzień.
Chorus
Świt nad wielką płytą różowi szare ściany,
Świt nad wielką płytą, chwila nieskradziona.
Świt nad wielką płytą, zanim ruszy pierwszy tramwaj,
Świt nad wielką płytą — tu jeszcze jestem sam.
Verse
Siedemnastka rusza z pętli, iskrzy jak zapalona zapałka,
W oknie na trzecim piętrze gasi lampę stara nauczycielka.
Kolejka przed sklepem rośnie, ludzie w płaszczach jak żołnierze,
A ja wracam pustym wózkiem, dzień zabiera to, co świt mi daje.
Pamiętam matkę na balkonie, liczyła słońce jak talony,
Mówiła: synku, ten kolor trwa tylko chwilę, potem szary.
Dwadzieścia lat, ten sam