Verse
Kotłownia trzy, zegar staje przy dwudziestej trzeciej,
węgiel sypie się jak piasek, co przez palce leci.
Radio Kasprzak gra cicho, sygnał gdzieś się gubi,
a ja karmię ogień, żeby nikt się w bloku nie zaziębił.
Łopata numer dwa, rączka wytarta do kości,
liczę wrzuty jak modlitwy, po sto, po sto pięćdziesiąt.
Nad kotłem para wstaje, jak oddech, co nie gaśnie,
a w oknach nade mną światła znikają po kolei, właśnie.
Pre-Chorus
Czy starczy węgla do świtu, czy zabraknie mi rąk?
Czy ktoś tam jeszcze czuwa, czy śpię tu sam jak wrak?
Piec trzeszczy, jakby liczył moje lata przy nim,
a ja nie mam już siły, żeby zgasić to sam.
Chorus
Osiedle śpi po cichu, ja pilnuję żaru,
niech nikt się nie obudzi w chłodzie starego muru.
Osiedle śpi po cichu, ciepło płynie rurami,
a ja zostaję sam, między piecem a snami.
Verse
Ojciec robił to samo, aż mu ręce zbielały,
kombinezon po nim noszę, guzik jeden został cały.
Sąsiadka z okna czwartego pali światło do rana,
mówią, że nie może spać, odkąd zabrakło jej Jana.
Licznik ciepła kręci się, jakby liczył nasze winy,
za każdy grzejnik ciepły, za każdą noc bez rodziny.
Zimą blok pachnie siarką, latem stoi jak pusty,
a ja wciąż tu, przy piecu, między dwoma światami zamknięty.
Pre-Chorus
Czy starczy węgla do świtu, czy zabraknie mi rąk?
Czy ktoś tam jeszcze czuwa, czy śpię tu sam jak wrak?
Piec trzeszczy, jakby liczył moje lata przy nim,
a ja nie mam już siły, żeby zgasić to sam.
Chorus
Osiedle śpi po cichu, ja pilnuję żaru,
niech nikt się nie obudzi w chłodzie starego muru.
Osiedle śpi po cichu, ciepło płynie rurami,
a ja zostaję sam, między piecem a snami.
Bridge
Kiedyś przyjdzie inny, młodszy, weźmie moją łopatę,
a ja wyjdę na podwórze, pierwszy raz zobaczę światło.
Ale to okno czwarte, co się nigdy nie zaciemnia -
to jedy