Verse
Wrzos, jedenasta czterdzieści, sierpień, osiemdziesiąty rok,
kierownik Nowak z megafonem każe zwolnić krok.
Trzymam kliszę numer trzy, przypaloną nad kuchenką,
patrzę w słońce jak w monetę, co przecieka mi przez rękę.
Dzieciaki z bloku w rządku stoją, każde liczy do stu,
matka trzyma negatyw ślubny, sprzed dwudziestu lat, na wprost.
Cień pełznie po elewacji, gasną cegły, gaśnie dźwięk,
a syrena z huty milknie, jakby wstrzymywała dech.
Pre-Chorus
Czy zdążymy to zobaczyć, zanim światło zejdzie w cień?
Czy to trwa sekundę, czy to cały skradziony dzień?
Liczę uderzenia serca, ile jeszcze, ile mgnień,
zanim wróci do nas szarość, zanim skończy się ten trans.
Chorus
To popielaty paralaks, słońce gaśnie, cień nam rośnie,
to popielaty paralaks, stoję cicho w rozjaśnieniu.
To popielaty paralaks, cały blok wstrzymuje oddech,
to popielaty paralaks — jedna chwila, którą kradnę.
Verse
Rok dwa tysiące, klisza żółknie w szufladzie jak stary ząb,
w telewizji krótki news, trzy sekundy, potem inny wątek, głąb.
Nikt już nie stoi w kolejce, każdy w telefonie ma
małe słońce, małą ciemność, małe wspomnienie z dna.
Wracam pod Wrzos, licznik gazu tyka jak stary zegar w krtani,
szukam okna, z którego wtedy patrzyliśmy wszyscy razem, obcy sobie, złączeni.
Nikt nie krzyczy już z megafonu, cisza sama trzyma straż,
a ja wciąż mam tę kliszę, chowam ją jak ostatni bagaż.
Pre-Chorus
Czy ktoś pamięta tamten cień, co szedł po szybach jak znak?
Czy to trwało sekundę, czy to był całego dzieciństwa brak?
Liczę roczniki jak zaćmienia, jedno po drugim, wciąż,
zanim wróci do nas jasność, zanim minie kolejny wstyd.
Chorus
To popielaty paralaks, słońce gaśnie, cień nam rośnie,
to popielaty paralaks, stoję cicho w rozjaśnieniu.
To popielaty paralaks, cały blok wstrzymuje oddech,
to popielaty paralaks — jedna chwila, którą kradnę.
Bridge
Kierownik Nowak też