Verse
Blok ósmy, trzepak trzeci, kurz nad płytami wisi,
gram w gumę z Anką, nim matka z okna nas przywoła.
Dozorca Wiktor zamyka bramę, klucz jak stary rytm,
antena na dachu łapie jeden program, cichy, siwy.
Latarnia numer dwanaście mruga, nim się zapali,
liczę okna w bloku, jak ktoś liczy karty w dali.
Zmierzch wchodzi po schodach, cicho, bez pozwolenia,
czekam na sygnał, że dzień zmienia się w wspomnienia.
Pre-Chorus
Ile trzeba minut, żeby zgasło niebo w nas?
Ile okien musi zapłonąć, nim wróci głos?
Stoję na trzepaku, patrzę, jak gaśnie plac,
osiedle chowa dzieci, zanim przyjdzie noc.
Chorus
Osiedle o zmierzchu, światło gasi dzień,
osiedle o zmierzchu, jestem tu jak cień.
Osiedle o zmierzchu, wraca każdy głos,
osiedle o zmierzchu, to mój dom, mój los.
Verse
Dziś wracam tramwajem siedemnastym, szyby we mgle,
blok stoi ten sam, choć tynk odpadł jak stare sny.
Dozorca inny, lecz klucz wciąż w tej samej kieszeni,
antena rdzewieje, jakby czekała na inny czas.
Anka wyjechała, telewizor „Wisła” milczy w kącie,
pamięć mam jak modem, co się łączy z trudem, w takt.
Latarnia numer dwanaście świeci teraz od razu,
ale plac dziecięcy pusty, jak po ostatnim seansie.
Pre-Chorus
Ile trzeba lat, żeby wrócić w ten sam cień?
Ile twarzy zgasło, zanim zgasł mój dzień?
Stoję na trzepaku sam, bez dzieci wokół,
osiedle wciąż tu trwa, choć ja już nie mam głosu.
Chorus
Osiedle o zmierzchu, światło gasi dzień,
osiedle o zmierzch